Komunistyczny watażka, szerzej znany jako prezydent wszystkich Polaków już od lat jest w trakcie odbywania swej drogi w kierunku polityczno-mentalnego dna. Jako że pochodzi z rodziny o wyjątkowo niechlubnych tradycjach ta specyficzna degrengolada nie jest w jego przypadku niczym dziwnym, co więcej, gdyby nie fakt, że swoimi wybrykami ośmiesza nasz kraj i czyni mu wielkie krzywdy, można by nad niejedną sytuacją wybuchnąć salwą śmiechu. Tymczasem chyba stosowniej byłoby zapłakać.
Aleksander Kwaśniewski naprawdę nazywa się Stoltzmann, a jego ojcem jest komunistyczny zbrodniarz żydowski Zdzisław Stoltzmann, który podobnie jak wielka liczba Żydowskich komunistów zmienił nazwisko na polsko brzmiące, zgodnie z zaleceniami kierownictwa partii. Była to wyjątkowo podła i odrażająca kreatura, bo jako agent NKWD a później tajnych służb PRL systematycznie okrutnie torturował i mordował polskich patriotów. Alek, jak znów wielka część przeróżnych komunistycznych pociotków zrobił błyskotliwą polityczną karierę. Nie przeszkodził mu w niej ani brak wykształcenia ani wielokrotne kłamstwa. Skłamał utrzymując, że posiada tytuł magistra, w zamian za co inny podły żydowski komunista Jerzy Urban (Josek Urbach) spreparował dokumenty świadczące o ukończeniu przez niego radzieckiej szkoły szpiegów w Moskwie.
Po fatalnej prezydenturze Wałęsy, Kwaśniewski wystąpił do narodu z cukierkową kampanią szczęśliwości, a uczynił to z gracją Donalda Tuska, który wówczas był tylko podrzędnym wykonawcą zamachu stanu z 1992 roku. Jakże piękny był jego apel o jedność wszystkich Polaków, chciał zapewne by żyło się im lepiej, wszystkim. Taka strategia przyniosła upragniony skutek, bo Alek w II turze pokonał „Bolka”. I wówczas rozpoczął nieprzerwane pasmo kompromitujących klęsk. Jakże prędko przypomniał sobie o swoich wszechwładnych protektorach i przeprosił Żydów za „zbrodnię” w Jedwabnem. Później kiedy okazało się, że ekshumacja przynosi wyniki korzystne dla Polaków, ten wieczny przepraszacz na spółkę z Leonem Kieresem nakazał jej przerwanie. Nie mogło być inaczej, bo gdyby okazało się, iż to nie Polacy ponoszą winę za zamordowanie rzekomo 1600, a w rzeczywistości 400 Żydów, to upadłby kolejny pseudoargument żydowskiego lobby roszczeniowego.
Kwaśniewski lubił otaczać się starszymi braćmi w wierze. Kiedy w 2000 roku wysiadał z Markiem Siwcem z helikoptera razem parodiowali gest papieża - ucałowanie ziemi. Nie wiem natomiast kogo parodiował w Nowym Jorku wsiadając do samochodu przez bagażnik, albo owijając się flagą ONZ. Zresztą alkoholowe ekscesy stały się znakiem firmowym Kwaśniewskiego. Wszak w światku rosyjskiej agentury alkohol jest tak naturalny jak herbata przy kolacji. Pewnego razu wypił tak dużo, ze zapomniał o spotkaniu z rosyjskim szpiegiem Ałganowem, tym samym który później będzie razem z Kulczykiem ustalał podział rynku paliwowego w naszym kraju. Jak widać syn wdał się w ojca, gdyż szczególnie upodobał sobie wschód. Kiedy w 1999 roku udał się do Katynia aby złożyć hołd ofiarom stalinowskiej masakry, po raz pierwszy zapadł na dziwną chorobę zwaną bólem goleni. Chwiejąca się głowa państwa przypominała tam żałosną kukłę, która kompletnie pogubiła się w realiach. Nic zatem dziwnego, że agenci obcych państw tak polubili Kwaśniewskiego, bo można było od niego wyciągnąć niemal wszystko, wszak wino czyni człowieka przezroczystym, szczególnie kiedy ma on słabą głowę.
Donald Tusk wypowiedział kiedyś znamienne słowa o Kwaśniewskim jako „pogrzebaczu lewicy”, za którą to wypowiedź został nawet uhonorowany prestiżową nagrodą eurodebila roku 2005. Nasz poczciwy Kaszub zamiast śmiać się z wielkiego pogrzebacza powinien mu raczej podziękować, bo to właśnie dzięki Alkowi PO wygrała wybory w 2007 roku. Bo to właśnie „niedysponowanie” byłego prezydenta przeniosło głosy lewicowych wyborców na stronę Platformy. Przecież nawet najzagorzalsi lewicowcy nie są na tyle głupi aby popierać śmiesznego błazna, który podczas wykładu na Ukrainie omal nie spadł z mównicy, a we Wrocławiu z troską godną sąsiada zza miedzy przestrzegał Ludwika Dorna i jego psa przed niewłaściwą drogą. Do tego doszły skandale związane z finansowaniem jego „charytatywnych” fundacji i Tusk mógł Kwaśniewskiemu w nagrodę tylko postawić kolejna flaszkę czegoś mocniejszego. Swoją drogą historia z chorobą filipińską kiedy to sanepid zamierzał przebadać Kwaśniewskiego na okoliczność zawleczenia do Polski choroby tropikalnej nadaje się bardziej do kabaretu, a jednak zdarzyła się naprawdę.
Bracia ze wschodu dla odmiany postanowili go za coś ukarać, bo kiedy Kwaśniewski przybył z triumfalną wizytą do Moskwy, prezydent Putin nakazał mu najpierw odczekać dwie godziny na korytarzu Kremla. Alek miał to szczęście, że media za nim przepadały, dlatego też tę kompromitującą wizytę okrzyknięto niemal mianem nowego zdobycia Moskwy. Ale również na Zachodzie Stoltzmann miał znajomości. Obsługujący tajne konta lewicy w Szwajcarii Peter Vogel (Filipczyński) dobrze wyczuł polityczne wiatry. W zamian za pomoc w finansowaniu lewicowych interesów uzyskał od Kwaśniewskiego ułaskawienie. A oskarżony był nie o byle co, bo o brutalne morderstwo na staruszce, żywcem wzięte z powieści Dostojewskiego. Na tym tle nawet ułaskawienie Sobotki wygląda jak niewinny grymas historii. Co innego piekielnie interesująca (i droga) sprawa Laboratorium Frakcjonowania Osocza, kiedy to państwo polskie pod przywództwem Kwaśniewskiego bezmyślnie (a może raczej celowo) poręczyło pożyczki na wiele milionów złotych z góry wiedząc, że trzeba je będzie samemu spłacać. W tym wypadku samemu tzn. przez podatników.
Sielankową atmosferę popsuł Kwaśniewskiemu nieco dawny przyjaciel Józef Oleksy, nazywając Olusia „małym krętaczem”, dzięki któremu „przekręty szły”. Znamienna jest reakcja Olusia, otóż nie zaprzeczył on tym doniesieniom, ale stwierdził, że Oleksy „zachował się jak ostatni zdrajca, kretyn”. Powtarzam, nie kłamca, ale zdrajca. Jednakowoż takie pojedyncze wynurzenia rozmaitych „zdrajców” nie przeszkodziły mu odbierać honory „z kraju i ze świata”. W ilości zdobytych orderów przewyższa go chyba tylko stary towarzysz Breżniew, ale gdyby Alek objął chociaż połowę z obiecanych mu funkcji to mógłby się śmiało ogłosić imperatorem wszechświata. Kwaśniewski miał być nawet szefem PZPN oraz sekretarzem generalnym ONZ i NATO. Gdzież się zatem podziała jego dawna świetność? A może ktoś, słusznie zresztą, uznał że zaopatrywanie Alka w odpowiednią ilość mocnych trunków ze wschodu wymagałoby instalacji rurociągu pod Atlantykiem? Teraz jednak Kwaśniewski może liczyć na posadę w Niemczech bo rurociąg ma powstać pod dnem Bałtyku, łącząc towarzyszy ze Wschodu i Zachodu.
Swoją drogą to Niemcy mają za co Olkowi dziękować, swego czasu bowiem zasugerował on aryjskiej rasie panów zza naszej zachodniej granicy (a właściwie jej braku) aby zaostrzyli politykę względem Polski, gdyby przy władzy utrzymał się PIS. Tymczasem Kwaśniewski żyje sobie dostatnio, udziela wywiadów oraz wygłasza wykłady w USA, słowem – jest człowiekiem spełnionym, nikt mu nie przypomni haniebnych kart z jego historii. Wprawdzie nie został władcą świata, ale na osłodę ostawiono mu stanowisko przewodniczącego Europejskiej Rady Tolerancji działającej przy Europejskim Kongresie Żydów. Będzie zatem wytrwale tropił antysemityzm, czyli szukał rudego murzyna. Cóż, wypada mu życzyć powodzenia, przecież niemożliwe nie istnieje. Żydzi w NKWD i SB wykorzystywali służby do zwalczania antysemityzmu, tak jak czynią to teraz, ale już za pomocą wyspecjalizowanych organizacji. Oni przecież zawsze byli orędownikami po(d)stępu…
Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Aleksander Kwaśniewski wciąż jest dla większości Polaków prezydentem idealnym, bo nic nie robił, nie wdawał się w awantury, miał medialną rodzinę i lubił sobie wypić. Prawie nikomu nie przeszkadza, że przez 10 lat swojego urzędowania przyczynił się do stworzenia federacji sitw, a także tzw. kapitalizmu politycznego, czymkolwiek by on nie był. Z drugiej strony trudno się dziwić takiemu poparciu. Na bezrybiu i rak ryba. Jakich ma bowiem kontrkandydatów? Komunistę Jaruzelskiego, megalomańskiego „agienta” Wałęsę, który „pokonał bezpiekie”, wciąż ośmieszanego Kaczyńskiego, a wkrótce może dołączyć do tego przedziwnego panteonu żałosny Donald Tusk. Czy naprawdę kraj o 38 mln mieszkańców nie potrafi desygnować na to stanowisko nikogo lepszego? I cóż się tu dziwić że znajdujemy się na etapie cywilizacji politycznego kamienia łupanego skoro najwyraźniej rację miał Stanisław Mackiewicz – Cat, kiedy pisał - „tragedią narodów słowiańskich są rządy państw oddane obłąkańcom.”


Komentarze: 13 do “Długi marsz na dno”
Zostaw komentarz