Walka z religią podjęta po bolszewickiej rewolucji w Rosji nie ma precedensu w najnowszej historii. Okrucieństwo z jakim ją prowadzono, można przyrównać jedynie do prześladowań pierwszych chrześcijan w czasach rzymskich. Duchowieństwo i wiernych poddano represjom, w wyniku których wielu straciło życie. Rozpoczęto niszczenie świątyń, zamieniano je w magazyny lub nawet burzono, przeciwko religii zorganizowano nienawistną kampanię propagandową. Wielu duchownych pozostało jednak wiernych i nawet na zesłaniu czy w łagrach dalej pełnili swą posługę, płacąc ogromną cenę.
Przez sowiecką “nieludzką ziemię” przeszło miliony więźniów, wśród nich wielu Polaków. Jednym z miejsc budzących grozę były okolice Norylska - wielki cmentarz XX-wiecznych niewolników - ofiar komunizmu. Miasto i potężny kombinat miedziowo-niklowy, kopalnie rud metali kolorowych, huty niklu, miedzi, kobaltu, drogi i osiedla, zbudowali łagiernicy.
Dzień katorżnika rozpoczynał się pobudką przed piątą rano. Na śniadanie była kromka chleba i kubek czarnej kawy, później apel, liczenie więźniów i wymarsz do pracy. Do 1953 roku dniówka trwała 12 godzin. Najgorszą robotą było kopanie dołów pod fundamenty. Po powrocie z pracy, o szóstej katorżnicy dostawali lurę zastępującą zupę. Za dużo, żeby umrzeć, za mało, aby żyć - mówili.
Spali w 250-osobowych, szczelnie zamkniętych barakach, w duszącym zapachu potu i odchodów. Zabójczy był również klimat. Mrozy poniżej 40 stopni C były czymś normalnym, przy dużym wietrze temperatura spadała do minus 60 stopni.

Kielich ze szklanki
Gdy człowiek załamał się psychiczne, wtedy nie było już ratunku. Przecież w takich warunkach, gdy najniższym wyrokiem było 15 lat katorgi, nie mieliśmy prawa przeżyć. Otuchy dodawali przebywający z nami księża. Często dzielili się ostatnimi porcjami chleba, wspierali modlitwą. Umieli podnieść na duchu. Ich nazwiska nie mogą zostać zapomniane: ks. Jerzy Rosiek, ks. Kazimierz Romaszkan, ks. Walter Czyszek - wspomina kawaler Srebrnego Krzyża Virtuti Militari, Józef Halski, skazany na katorgę, który prawie 14 lat spędził w Norylsku. Wbrew wszystkiemu przeżył i wrócił do Polski.
Ksiądz Walter Czyszek był jezuitą, który w Związku Sowieckim spędził 23 lata, z czego 15 w więzieniach albo obozach pracy. Swe przeżycia opisał we wspomnieniach “Z Bogiem w Rosji”. Po latach katorgi osadzono go w baraku razem z ojcem Kacprem, gdzie większość stanowili Polacy. Szanowali swego księdza i ochraniali go. Usiłował odprawiać dla nich mszę przynajmniej raz na tydzień. Wino wyrabiali sami z rodzynków, które wykradali w dokach, a do wyrobu hostii “organizowali” mąkę z kuchni. Tego ranka moim kielichem była szklanka, a koperta złotego zegarka służyła mi za patenę. Lecz moja radość z możności odprawienia mszy była nie do opisania - wspominał ks. Czyszek, dla którego była to dopiero pierwsza po 5 latach Eucharystia odprawiona w łagrze.
Jak oni śpiewali!
Ojciec Kasper miał modlitwy mszalne spisane na kawałku papieru. Choć umiałem je na pamięć, byłem tego ranka tak wzruszony i podniecony, że cieszyłem się z ich posiadania. Później zrobił dla mnie ich kopię. Podarłem ją - opuszczając obóz w Dudince - z obawy, że może być odkryta podczas rewizji w nowym obozie. Potem już napisałem te modlitwy z pamięci - zapamiętał ks. Czyszek.

Po śmierci Stalina, w połowie lat 50. obozowy rygor zelżał. Więzienni strażnicy “tolerowali”, albo udawali, że nie dostrzegają religijnych praktyk. Na Boże Narodzenie i na Wielkanoc mieliśmy nawet świąteczne ceremonie w obozie. (…) W takie dni każdy z nas księży odprawiał je w innym baraku. Tu w Kajerchanie po raz pierwszy, od blisko 15 lat, odprawiłem “publicznie” mszę św. dla całego baraku pełnego ludzi - a jak oni śpiewali! Nic dziwnego, że strażnicy ostrzegali ich, by zachowywali się spokojnie. Praktycznie każdy przystępował do komunii św., a ja wygłaszałem po mszy homilię o danym święcie. Zanim zaczęliśmy jeść, błogosławiliśmy jedzenie i śpiewaliśmy uroczystą modlitwę dziękczynną po rosyjsku, następnie kropiliśmy barak święconą wodą - było to już jednak w ostatnim roku uwięzienia księdza Czyszka, tuż przed ogłoszoną amnestią.
Ojciec Marcin Karaś, redemptorysta, w 1952 roku został skazany na 10 lat łagru i wywieziony na Ural, gdzie już dwa lata później zaczął odprawiać dla grona wtajemniczonych msze święte. Swe przeżycia w Związku Sowieckim opisał w książce pt. “Szlakiem zesłańców. Szesnaście trudnych lat w ZSRR 1944-1959″.
Komunia św. ze łzami
Mam hostię (opłatki), wino, puryfikaterz, mszalik! Trzeba się teraz postarać o kielich, patenę i ampułkę. Kielich zdobyłem: flaszeczkę z chemikaliów fotograficznych Agfa. Ampułkę od lekarki naszej - Walentyny Karłownej - flaszeczka z penicyliny. (…) Patena? Wyciąłem denko z garnuszka aluminiowego - wyklepałem, obrobiłem, wyczyściłem i “wspaniała patena”. Wszystko to poświęciłem improwizowaną modlitwą i znakiem krzyża świętego ze słowami: niech te przedmioty do sprawowania ofiary mszy św. błogosławi Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Amen - napisał o. Karaś.
Następnie udawało się mu w drodze na wyrąb lasu zbaczać w gęstwinę i zbudować niewielki szałas, gdzie od 1 października 1954 roku samotnie odprawiał msze św. Mam znakiem krzyża rozpocząć Najświętszą Ofiarę, a tu nagle, z lewej strony, coś mignęło. Drgnąłem, popatrzyłem w bok - ach, duże stado sikorek. Przyglądam im się, a one, dziwna rzecz, nie lecą dalej. Przeciwnie, z drzewka na drzewko zbliżają się do mnie i niektóre ćwierkają! Nawet jedna i druga przyleciała na gałązki powtykane w śnieg. Uspokojony podnoszę rękę i zaczynam: In nomine Patris et… i nagle słyszę nieco z boku za sobą, silne stukanie… Obejrzałem się. Na brzozie, z której zdjąłem korę na dywan, siedział czarny dzięcioł i stukał w nią. I pomyślałem - to mój ministrant zadzwonił na początek mszy św., tak jak to czynią w kościołach, przy wychodzeniu kapłana do ołtarza. Więc już spokojnie odprawiałem mszę św. Sikorki asystowały mi do konsekracji. Potem, z piskliwym świergotem odleciały. Dzięcioł od czasu do czasu stukał dalej. Kończę mszę św. Mówię: Ite, Missa est. I w tym momencie dzięcioł zastukał mocno, jeszcze mocniej i odleciał… Następnie o. Karaś odprawiał potajemnie msze dla jednego Litwina i kilku Ukraińców. Komunię św. przyjmowali ze łzami.
js
Zdjęcia pochodzą z książki O. Marcina Karasia CSsR “Szlakiem zesłańców”
i z wystawy “Polacy w Krasnojarskim Kraju” Fundacji Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego.
![]()


Komentarze: 35 do “Obozowe msze święte”
Zostaw komentarz