W Związku Sowieckim “tylko pacjenci szpitali, chorzy na szkarlatynę, tyfus i trąd nie biorą udziału w wyborach”. To powiedzenie doskonale ilustrowało, czym były “wybory” w systemie komunistycznym. Do udziału w nich zmuszano całe społeczeństwo, a wynik był już z góry ustalony. “Wybory” stanowiły spektakl, w którym ludzie wyrażali swe pełne poparcie dla jedynej partii - partii komunistycznej.
Ustalony wynik i frekwencja
Po raz pierwszy kilka milionów Polaków zetknęło się z takimi “wyborami” - 22 października 1939 roku. Tego dnia mieszkańcy wschodnich ziem Rzeczypospolitej, zajętych przez Stalina po 17 września, “wybierali” swych przedstawicieli do Zgromadzeń Ludowych Zachodniej Ukrainy i Białorusi. Frekwencja wyniosła ponad 90 proc. (nieobecność można było usprawiedliwić tylko przez lekarza) i tyleż głosujących opowiedziało się za przynależnością do sowieckiej Ukrainy i Białorusi. Oczywiście powyższy wynik, podobnie jak frekwencja, były ustalone już wcześniej. Miał on sankcjonować sowiecką agresję na Polskę.
Agitacją “przedwyborczą” został objęty dosłownie każdy mieszkaniec Kresów. Organizowano zebrania w prywatnych, przymusowo wyznaczonych mieszkaniach. Ludzi
zmuszano do uczestnictwa
w spotkaniach, często przyprowadzano ich pod strażą i groźbą aresztowania czy grzywny. Sprawdzano listy obecności, a opornych bito. Większe wiece odbywały się w fabrykach.
Agitacja była do tego stopnia rozwinięta, że “dosłownie kroku nie można było zrobić, żeby się z nią nie spotkać”. Wszędzie rozwieszano afisze i plakaty, wyświetlano propagandowe filmy, inscenizowano “żywe obrazy”.
Mimo takiej presji i nieustannego zagrożenia aresztowaniami, NKWD donosiło o
wielu przypadkach oporu.
Między innymi “40 rodzin mieszkańców wsi Kurki w powiecie szczuczyńskim od wczesnego rana do późnego wieczora przebywało w kościele, ażeby nie brać udziału w głosowaniu”, z kolei w miasteczku Gródek ksiądz wygłosił kazanie, w którym nawoływał do nieuczestniczenia w wyborach i “pomocy armii angielskiej w przywróceniu państwa polskiego”. W Mołodecznie i Rakowie “kontrrewolucyjne elementy zrywały hasła i plakaty”. Liczne były przypadki napisów na kartach wrzucanych do urn. W Białymstoku znaleziono karty z hasłami - “Niech żyje Polska, Białystok to nie Białoruś lecz Polska, a na Żydów głosować nie będę, niech żyje Polska, generał Sikorski”, “Niech żyje Polska i władza polska”. Odnotowano wiele przejawów wrogich wobec komunizmu postaw wśród szkolnej młodzieży. W Grodnie pojawiły się napisy na murach: “Precz z bolszewikami, niech żyje wolna Polska”, w Pińsku gimnazjaliści rozklejali ulotki “Jeszcze Polska nie zginęła, precz z komunistami”. Właśnie te akty małego sabotażu stosowane przez młodzież wobec sowieckiego okupanta, podobnie jak pod okupacją niemiecką, dodawały Polakom otuchy i nadziei.
17 października 1939 roku w Brześciu, w pobliżu punktu wyborczego nr 19, na ścianach domów i na płotach pojawiły się kontrrewolucyjne napisy o następującej treści: “Polacy nie traćcie swego honoru i nadziei, jeszcze Polska nie zginęła. Niech żyje Polska”, “Polska była i będzie”, “Jeszcze Polska nie zginęła”. Agenturalnie ustalono, że kontrrewolucyjne napisy zrobili uczniowie szkoły podstawowej nr 12 w Brześciu: Sidorczuk Albert lat 13, Sidorczuk Aleksander lat 13, Bogłucewicz Ryszard lat 13, Downar Roman lat 13 i inni. Oni także zrywali plakaty. Podjęliśmy działania agenturalno-operacyjne w celu wykrycia osób wydających instrukcje, na podstawie których wymienione dzieci dokonały kontrrewolucyjnego wystąpienia. Jednocześnie sprawdzamy rodziców tych dzieci.
Meldunek sowieckiego komisarza spraw wewnętrznych w Białymstoku


Jeden komentarz do “Kontrrewolucja przy urnie”
Zostaw komentarz